niedziela, 4 czerwca 2017

NYC-Second handy i nie tylko

NYC-Second handy i nie tylko

Tym razem zacznę od "i nie tylko". Nowy Jork jest miastem, w którym kupić możemy naprawdę wszystko, co tylko nam się zamarzy. W centrum Manhattanu mamy przereklamowaną 5th i 6th Avenue, Brodway oraz okoliczne przecznice pełne miejsc, w których można wydać naprawdę sporo. Znajdziemy tam rozliczne sieciówki, domy towarowe,pomniejsze sklepiki  no i całą masę punktów gastro. Oczywiście korzystałam, ale nie fotografowałam - ale naprawię to po wakacjach.
Jeśli mamy trochę więcej czasu, ale wciąż niezbyt pękaty portfel lub limity na kartach powinniśmy się udać do outletu The Mills at Jersey Gardens przy lotnisku JFK w Newark. O tym miejscu napiszę nieco szerzej w późniejszym terminie, bo jeszcze mnie tam nie było, ale się wybieram. 
Drugim outletem ze sklepami bardziej wyszukanymi jest Woodbury Common Premium Outlet- niestety jest trochę oddalony od NYC, ale można dojechać do niego autobusem.

Jeśli kręcą Was nieco bardziej snobistyczne zakupy- a musicie wiedzieć, że jestem bardzo odporna na kuszące wystawy sklepowe, ale na widok butów Jimmy Choo nawet ja zmiękłam- polecam Soho. Sama dzielnica jest bardzo fajnym miejscem na spacer, a wizyta w eleganckich butikach podwaja tą przyjemność. Zresztą sami zobaczcie:









Ale nawet w Soho znajdziemy miejsca gdzie regularnie odbywają się Sample Sales, a widać je z daleka gdyż przed sklepem ustawia się zazwyczaj długa kolejka. W internecie  można znaleźć daty i miejsca  wszystkich wyprzedaży.

Prawdziwą gratką jest jednak buszowanie po nowojorskich second-handach. A jest ich całkiem sporo. Oczywiście są takie gdzie można zrujnować budżet jak na przykład ten (1st Avenue), w którym przymierzałam cudowny płaszcz Diora :


Ale są też bardziej przyjazne miejsca jak  Buffalo Exchange z modą raczej grzeczną i konserwatywną:


Najciekawiej jednak jest w Williamsburgu w Monk Vintage ( 496 Driggs Ave, Brooklyn, NY 11211), do którego trafiliśmy przy okazji odwiedzin w Buffalo Exchange.
Nigdzie wcześniej nie mierzyłam kapelusza wyglądającego jak  kania (grzyb) lub bajecznych brokatowych szpilek. Tak naprawdę można było tam kupić dosłownie wszystko od majtek i staników na futrach kończąc. Niestety-wybaczcie, miałam małą awarię aparatu i zdjęcia wyszły niestety mało ostre więc potraktujcie je jedynie poglądowo:









Nie tylko odjazdowe ciuchy były naszym celem.  Równie dużo frajdy mieliśmy grzebiąc w winylach. Dwa z trzech odwiedzonych miejsc zdecydowanie mogę polecić, ceny zaczynają się od 3$ za sztukę, można na miejscu przesłuchiwać płyty i zapomnieć o upływającym czasie. Pierwszy płytowy second hand to A-1 Records (439 E 6th St, New York, NY 10009)


A drugie miejsce to Good Records (218 E 5th St, New York, NY 10003) :


Największą bolączką w kwestii winyli jest jednak ich waga, co przy limitach bagażowych nastręcza pewnych problemów. Niemniej jednak na kilka sztuk można sobie pozwolić zwłaszcza jeśli znajdziecie jakieś prawdziwe cacko.
Tak naprawdę temat zakupowy jest bardzo rozległy, mam jednak nadzieję, że w skrócie naświetliłam Wam nieograniczone możliwości jakie daje Nowy Jork.
A w następnym odcinku Must See-Must Be Nowego Jorku

niedziela, 30 kwietnia 2017

Chinatown na Queensie

Chinatown na Queensie

Przymusowa przesiadka na jednej z dalszych stacji metra poskutkowała taką oto piękną panoramą Manhattanu, która dość dobrze oddaje odległość tego drugiego Chinatown, choć do niego jeszcze kawałek. Jeśli nie dysponujecie samochodem to najprościej dostać się tam metrem a konkretnie linią 7, którą jedziecie na Queens i wysiadacie na ostatnim przystanku, już za lotniskiem.
W zasadzie ta podróż siódemką jest trochę jak przemieszczenie się w czasoprzestrzeni- w 45 minut wprost z serca Ameryki lądujecie w samym centrum Chin, na moje oko momentami bardziej chińskim niż oryginał.


Jak zwykle pełno tu (poza Chińczykami) jadłodajni, restauracji, straganów, sklepów spożywczych. W zasadzie ciężko się zdecydować, bo wszystko wygląda kusząco. My jednak mieliśmy bardzo sprecyzowany plan- Xian`s Famous Food. W internecie czytałam, że mają tam pyszne pierożki i że bardzo ciężko znaleźć to miejsce, bo jest w podziemiach domu towarowego.
Na miejscu okazało się, że sprawa wygląda nieco inaczej. Restauracja, która ma swoje punkty również na Manhattanie i Brooklynie otworzyła się na Flushing Main Street. Ciekawość jednak prowadziła nas do domu towarowego Golden Shopping Mall. Tak wygląda wejście:


Mało zachęcająco, prawda? Niestety wchodząc tym wejściem nie znaleźliśmy w podziemiach owej knajpki choć było tam całe mnóstwo innych. Ponieważ nigdy się nie poddaję, postanowiliśmy szukać dalej. Okazało się, że z boku od strony 41st Rd jest drugie wejście:

I dopiero wchodząc tymi obskurnymi drzwiami i podążając krętym korytarzem niemal do samego końca dochodzimy do Xian` Famous Food oraz jednej z najlepszych pierogarni na świecie Tian Jin Dumpling House. Jeśli macie dylemat czy warto tłuc się taki kawał dla pierogów-niepotrzebnie. Nie pożałujecie. Do pierogów podawany jest sos z posiekanym czosnkiem, ocet ryżowy, sos chili i sojowy, pierogi są z czym tyko sobie zamarzymy, również wegańskie. Cena jest niska, można też kupić mrożone na wynos.




Nie powiem ile porcji w sumie zjedliśmy, bo to nieprzyzwoite tak się objadać, ale wiem na pewno, że tu wrócimy.
Tuż obok pierogarni była tak poszukiwana restauracja Xian`s, ale pierogów w niej nie było- jedynie ręcznie robione makarony z różnymi dodatkami.


Skusiliśmy się na rewelacyjny makaron z wołowiną po seczuańsku, ostry i aromatyczny.

Więcej nie daliśmy rady skosztować, ale co ma wisieć nie utonie. Wszystko przed nami.
A przepis na to danie znajdziecie już jutro na moim gastro-blogu.
Zachęcam Was do spróbowania, bo jest naprawdę rewelacyjne i bardzo szybkie w przygotowaniu.
Przepis znajdziecie TUTAJ

A w następnym poście odwiedzimy nowowjorskie second-handy nie tylko z ciuchami :-)


niedziela, 23 kwietnia 2017

Chinatown na Manhattanie

Chinatown na Manhattanie


W Nowym Jorku jest naprawdę wszystko, nawet Chinatown i to nie jedno...Pierwsze znajdziemy na Manhattanie pomiędzy Mulberry Street, Mott Street, Grand Street i Canal Street. W okolicy tej ostatniej dawniej cumowały statki handlowe i ten rejon znany był wśród marynarzy jako dzielnica uciech wszelakich jeśli wiecie co mam na myśli. Teraz to po prostu ulica handlowa ze sklepami, bankami i oczywiście restauracjami. Kręcąc się po Chinatown można odnieść wrażenie, że sensem życia Chińczyków jest jedzenie. Myślę, że nigdzie nie znajdziemy tylu straganów i restauracji na 1 kilometr kwadratowy co właśnie tutaj.




Wpisując w wyszukiwarkę hasło "dumplings" czy "dim sum" wyskakuje olbrzymia ilość restauracji i barów, a to tylko niewielka ich faktyczna ilość, bo nie wszystkie reklamują się w googlach. Tak więc wybierając lokal na posiłek należy kierować się węchem, ilością Chińczyków w lokalu, oceną amerykańskiego sanepidu (najlepiej wybierać lokale oznaczone glejtem z literą A przyklejoną do szyby zazwyczaj w okolicy drzwi wejściowych). Wyznacznikiem może też być cena choć drogo nie zawsze oznacza dobrze.
Nam udało się znaleźć taką małą perełkę na Essex Street niedaleko stacji metra East Brodway o nazwie North Dumpling. Lokal jest malutki, w środku znajdziemy dwa stoliki i barek przy ścianie czyli jest to miejscówka  na 10-12 osób. W ofercie pierogi wegańskie, mięsne, springrollsy, kimchi a także makarony smażone z różnymi dodatkami. Makaron z warzywami zdecydowanie odradzam natomiast wegetariańskie gotowane pierożki były pyszne, tak samo zresztą jak springrollsy.
Ceny są wisienką na torcie: 3$ za 12 pierożków... :-)




Jeśli chodzi o miejsca, które zdecydowanie odradzam to na pewno King`s Kitchen- z królewską kuchnią nie ma to nic wspólnego.


Mieliśmy ochotę na kaczkę, przy wejściu owe ptaszki wisiały zachęcająco (oczywiście już upieczone), ale niestety na talerzu dostaliśmy wielkie rozczarowanie- kaczka była niedopieczona, niedoprawiona i sucha. Pierożki ryżowe z krewetkami na talerzu obok-mdłe, jałowe...


To samo z makaronem z wołowiną- chociaż porcja była przeogromna to składała się głównie z makaronu, wołowina była jedynie na wierzchu, sos choć w kolorze brązowym co sugerowałoby użycie sosu sojowego niestety nie był słony lecz nijaki. O czosnku, imbirze można było tylko pomarzyć



Oczywiście to potknięcie nie zniechęciło nas do zaprzestania poszukiwań dań idealnych ale o tym już za tydzień w kolejnym poście.

Gdybyście mieli ochotę samodzielnie zmierzyć się z lepieniem chińskich pierożków, to przepis znajdziecie TUTAJ

A wpisy o Chinatown na pewno jeszcze pojawią się na blogu.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Karaiby na Brooklynie

Karaiby na Brooklynie

Ten dzień miał być wyjątkowy i obfitujący w doznania poznawczo-kulinarne. Niestety jednak pogoda spłatała nam niezłego figla i zamiast słońca, suchych butów i wielogodzinnej wycieczki po różnych lokalach na Brooklynie pozostało nam obejść się smakiem i zakończyć wizytę w tej dzielnicy dużo szybciej niż chcieliśmy. Padało tak bardzo, że zrezygnowaliśmy nawet z zabierania aparatu węc zdjęć mam tyle co kot napłakał. Głównym celem naszej wizyty była rekomendowana przez mojego kulinarnego guru Anthony Bourdain`a miejscówka w karaibskiej części Brooklynu, a dokładniej przy Nostrand Avenue. Stacja docelowa nosi tą samą nazwę ( dojazd linią A,C,3 lub 4)więc łatwo zapamiętać i bardzo łatwo trafić.
Oglądając jeszcze przed wyjazdem reportaż z tego miejsca moją uwagę najbardziej przyciągnął mech do picia (Sea Moss) , można więc uznać, że motorem mojego wyboru była ciekawość z powodu tego co obejrzałam, ale także tego co nas czekało na samym końcu naszej prawie miesięcznej podróży- a były to Karaiby właśnie.
Tu słów kilka o samym mchu. Jest to wodorost zwany też mchem irlandzkim lub chrząstnicą kędzierzawą, stosowany w kosmetyce, przy domowej produkcji piwa, ale również  używa się go do zagęszczania napojów.I w tej ostatniej formie można go najczęściej spotkać w kuchni karaibskiej.
A sea moss drink  wygląda tak:

Smakuje jak cynamonowy milkshake, a ponieważ podobno znakomicie wpływa na potencję, przepis na pewno niebawem pojawi się na moim kulinarnym blogu jako ciekawostka.
Teraz słów kilka o samym lokalu. To Gloria`s No.3- bez napinki, zadęcia, ot zwykła jadłodajnia jakich wiele w okolicy.Tak wygląda z zewnątrz


A tak w środku (widok na menu):


Aktualnie otwierają już o 10 rano, jednak kilka miesięcy temu "dopiero" o 11.00 ale  ponieważ pogoda była barowa, wpuścili nas nieco wcześniej-mogliśmy trochę podeschnąć, skorzystać z darmowego wifi i na spokojnie wybrać wczesny lunch. I tu małe wtrącenie o wifi w Nowym Jorku- jest praktycznie wszędzie, nawet na każdej stacji metra czy w domach towarowych, co znacznie ułatwia funkcjonowanie zwłaszcza gdy się nie posiada zwykłej mapy a jedynie komórkę. Wracając jednak do Golria`s no.3...Powiem szczerze, że gdybym mogła zjeść więcej to naprawdę bym to zrobiła. Jedzenie jest tam tak pyszne, że zdrowy rozsądek, liczenie kalorii, myślenie w stylu "wiem ile jem" odchodzą w niebyt. Takie duperele przestają po prostu mieć znaczenie.
Wybraliśmy curry z krewetkami i curry z mięsem z kozła. Do tego smażone platany no i sea moss do picia-i w zasadzie, żeby się dobić.
Obydwa curry podane były w cieniutkich, ale za to ogromnych naleśnikach. Co ciekawe- obydwa miały w składzie ziemniaki a mięso kozła było z kością- ale wiadomo-takie mięso  jest najlepsze.





Do tego dwa sosy - chili i kolendrowy. To był po prostu nieprzyzwoicie dobry posiłek, który pamiętamy do dzisiaj.
Najedzeni do bólu grzecznie wróciliśmy na Manhattan zaliczając tam wizytę w Muzeum Historii Indian mając nadzieję, że w końcu deszcze ustąpi- co nastąpiło dopiero następnego dnia.
W planach były jeszcze dwa lokale na Brooklynie, ale niestety będą musiały poczekać do następnej wizyty. Zresztą po takim posiłku do wieczora mogliśmy przyjmować jedynie płyny...
Sama dzielnica karaibska okazała się bardzo przyjemna, z niską zabudową, gdzieniegdzie dość barwną



Bardzo nam było szkoda, że warunki nie sprzyjały spacerom...
To natomiast odbiliśmy sobie na Bronxie i w Harlemie, ale to już inna historia :-)

Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger