niedziela, 12 listopada 2017

Monument Valley

Monument Valley



Kolejnym głównym punktem na naszej trasie miał być Grand Canyon....No cóż, jego masyw widać na powyższym zdjęciu i tyle w zasadzie musiało nam wystarczyć. A wszystko za sprawą pogody.
Poranek we Flagstaff przywitał nas półmetrową warstwą śniegu i ujemną temperaturą. Nie tego się spodziewaliśmy. Nasz samochód wyposażony w letnie opony odśnieżaliśmy hotelowymi ręcznikami, bo nic innego pod ręką nie było. Ale nie to było najgorsze.
Na skutek złych warunków atmosferycznych  drogi dojazdowe do Wielkiego Kanionu zostały zamknięte więc nie pozostało nam nic innego jak przyjąć niepowodzenie organizacyjne na klatę i na bieżąco przeorganizować trasę. W takich sytuacjach bardzo dobrze sprawdza się zasada nie przywiązywania się do planów, pomysłów czy założeń. Taka odrobina filozofii buddyjskiej w praktyce :-) Wracając jednak do zmian , wybór padł na Monument Valley, której ze względu na oddalenie od pierwotnej trasy w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Czyli jak się okazało nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo miejsce było zdecydowanie warte odwiedzenia i osobiście żałowałam, że wcześniej nie udało nam się go nigdzie wcisnąć.
Flagstaff opuszczaliśmy w żółwim tempie otoczeni szarością i bielą


By po chwili znaleźć się w krajobrazie prawie księżycowym





Do pokonania mieliśmy w sumie około 300 mil a bazą noclegową było Page.
Wzdłuż całej trasy dostrzec można było porozrzucane domostwa Indian Navaho, którzy w większości zamieszkują te tereny a także są od zawsze gospodarzami tutejszych rezerwatów- również Monument Valley.



Myślę , że każdy kojarzy  Monument Valley z filmów- a nakręcono ich tu około 100 począwszy od produkcji Johna Forda z Johnem Wayne`m poprzez Rio Grande (chociaż nie ma w tym rezerwacie żadnej rzeki), 2001: Odyseję kosmiczną, Transformersów , Foresta Gumpa czy W Krzywym Zwierciadle:Wakacje.
Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że akurat w tym dniu nie można było wjeżdżać na teren parku własnymi samochodami a jedynie wykupić przejażdżkę w pick up`ach Indian za jakieś horrendalne kwoty typu 75$ za osobę. Może gdyby pogoda była bardziej sprzyjająca, skusilibyśmy się. Ale ponieważ wiało niemiłosiernie a od strony Kayenty nadciągały sine chmury i opady śniegu ograniczyliśmy się jedynie do krótkiej sesji fotograficznej.











Myślę, że nie ma się tu o czym za bardzo rozpisywać. Zdjęcia oddają może w połowie monstrualność tych skał wysokich na 300 metrów, które swe kolory zawdzięczają dwóm rodzajom piaskowca (Nawaho i Wingate) a kształt erozji eolicznej. Niby tylko tyle i aż tyle.
To był jednak  dopiero przedsmak tego co czekało na nas w Page, ale o tym następnym razem.....


czwartek, 19 października 2017

Amerykański sen i historyczna Route 66

Amerykański sen i historyczna Route 66


Gdy słyszymy hasło "Kalifornia" zazwyczaj wyobraźnia podrzuca nam widok słonecznych plaż, błękitnego nieba, palm rosnących wzdłuż linii brzegowej, młodzieży uprawiającej sporty na nadmorskiej promenadzie, zgrabnych i pięknie opalonych dziewczyn, które kuszą i wodzą na pokuszenie.
Niestety rzeczywistość jest nieco mniej spektakularna. Nas Kalifornia żegnała lekkim deszczem i  mgłą co było i tak niezłe w porównaniu z ulewami i powodzią błotną, którą zostawiliśmy za sobą (dowiedzieliśmy się potem, że w Los Angeles padało od tamtego czasu ponad tydzień bez przerwy).

 Nasz pierwszy etap podróży zakładał wizytę w Sequoia National Forest, z którego z powodu pogody zrezygnowaliśmy, oraz finalnie dotarcie do Flagstaff. Od początku przyjęliśmy założenie, że nic na siłę i że zawsze można tu jeszcze kiedyś wrócić a chodzenie po lesie zatopionym we mgle miało raczej niewielki sens.




Krajobrazy były jak zwykle zapierające dech w piersiach. Królowała przestrzeń i praktycznie totalna pustka na drodze.
Dopiero gdy przejeżdżaliśmy przez małe miasteczka, przed i po nich -zwłaszcza w okolicach Barstow-wzdłuż drogi rozsiane były bardzo popularne w Stanach całoroczne przyczepy mieszkalne oraz bardzo skromne i mocno podniszczone zabudowania.
Stąd przewrotny tytuł tego posta. Poza centrami dużych miast Ameryka wygląda biednie, archaicznie. Zupełnie inne jest tu poczucie estetyki. Niektóre miejsca wyglądają tak jakby czas się zatrzymał.





Zaskakujące, prawda? Na filmach tego nie pokazują....

Tak jak nie ma na trasie zbyt wielu miasteczek po drodze, tak samo nie zbyt wiele stacji benzynowych co warto wziąć pod uwagę planując trasę. Na szczęście jednak w trakcie jazdy na google maps można znaleźć je wszystkie  łącznie z ceną paliw.

Historyczna droga 66 jest tylko fragmentarycznie przygotowana do jazdy choć kiedyś łączyła Los Angeles z Chicago. Część tych odcinków- w stanie Illinois, Nowy Meksyk i Arizona- od 2005 roku nosi nazwę Historic Route 66.
I taki właśnie odcinek zamierzaliśmy pokonać, co było naszym marzeniem od dawna- nie dość, że podróżować po amerykańskich bezdrożach własnym samochodem to jeszcze pojechać drogą 66.

Ale zanim to nastąpiło, w Kingman zahaczyliśmy o cudownie przestylizowaną knajpkę o nazwie Mr.D`z Route 66 Dinner. W środku królował róż i turkus wraz z dmuchanym Elvisem Presleyem, kartonową Marylin i Jamesem Deanem.






W karcie królowały hamburgery i shake`i, obsługa była miła i bardzo pomocna, porcje spore, ceny jak na Stany umiarkowane. Wszystko świeże i pyszne. Także polecam.



W Kingman wjechaliśmy na drogę 66 i ruszyliśmy w kierunku Seligman.
Pogoda oczywiście nadal była mocno barowa. Jechaliśmy niespiesznie kontemplując okoliczności przyrody gdy nagle, w środku dosłownie niczego-  nikt nawet nie zarejestrował gdzie to było dokładnie- oczom naszym ukazał się taki oto obrazek:








W środku było jeszcze ciekawiej:







Okazało się , że było to sklep-muzeum poświęcony drodze 66, gdzie można było napić się prawdziwie amerykańskiej kawy (chyba nigdy się do niej nie przekonam), ogrzać, posilić batonami i chipsami i no i oczywiście kupić sobie pamiątkę.
Wybraliśmy chyba najbardziej bezpieczne rzeczy z oferty- kubek, bo potrzebowaliśmy i metalowy szyld z napisem Route 66 na pamiątkę. Bądź co bądź zajmował mniej miejsca niż fantastyczne sombrero, które podróżowało z nami już od Tijuany.
Mieliśmy sporo szczęścia gdyż dotarliśmy do tego sklepu ok.16.30 a zamykali go o 17.00. Także wybierając się w tamte rejony miejcie to na uwadze.

Do Flagstaff dotarliśmy po zmroku. Temperatura spadła do +3 stopni, co nie wróżyło nic dobrego.
Kolejnego dnia mieliśmy dotrzeć do Wielkiego Kanionu. No właśnie - mieliśmy......ale o tym co dalej w kolejnej części już wkrótce.

piątek, 22 września 2017

Samochodem przez Stany

Samochodem przez Stany

Jeśli macie wątpliwości czy warto wypożyczyć samochód i na własną rękę przemierzać ten kraj to odpowiedź jest tylko jedna-WARTO!!!! Żadne biuro nie zapewni Wam tylu wrażeń i takiej różnorodności jak własne lub wypożyczone cztery kółka, które macie do dyspozycji 24h na dobę.
Oczywiście podstawową sprawą jest logistyka całego przedsięwzięcia ze względu na odległości. Warto też przed wyruszeniem w trasę sprawdzić godziny otwarcia odwiedzanych miejsc, ich dostępność lub ewentualnie możliwość kupienia biletów z wyprzedzeniem przez internet. To często duża oszczędność czasu i trochę też pieniędzy.
Nasza trasa miała się z grubsza przedstawiać się  tak: San Diego-Los Angeles- Santa Monica- Bakersfield (Sequoia National Park)-Kingman (Route 66)-Flagstaff-Grand Canyon- Page-St.George- Death Valley-Las Vegas.


Ze względu na ograniczone możliwości google maps w trasie, którą widać powyżej pominięta została Dolina Śmierci.
Ale nigdy chyba nie jest tak jak to sobie zaplanujemy, prawda? Nas niestety warunki atmosferyczne zmusiły do modyfikacji planów i  rezygnacji z z Sequoia Park oraz z Grand Canyon`u- nad czym ubolewam ogromnie, gdyż był to tak naprawdę główny cel całej wyprawy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło gdyż dzięki temu zdążyliśmy zobaczyć Monument Valley i Zion Park.
Podczas całej podróży i uwieczniania jej na zdjęciach mieliśmy takie spostrzeżenie, że praktycznie jeden, ogromny  album można by spokojnie poświęcić na same widoki dróg i panoramę trasy. Ale niestety ani te zdjęcia ani to co widać na amerykańskich filmach nie oddaje rzeczywistości nawet w połowie. Urzeka przede wszystkim niesamowita przestrzeń, trudna w zasadzie do opisania słowami i różnorodność krajobrazu. Czasami horyzont jest tak daleko, że prawie go nie widać. Także zmieniający się klimat a wraz z nim roślinność sprawia, że nie można narzekać na nudę nawet przy automatycznej skrzyni biegów.

Początek trasy wiódł autostradą słońca przez rozliczne kurorty nadmorskie.





Plaże choć ogromne to jednak puste, nie widać było amatorów spacerów wzdłuż brzegu. Temperatura jak na styczeń była całkiem przyjemna choć wiatr nieco dawał się we znaki.

Pierwszy dzień był przeznaczony na podróż dlatego jedynie krótkim przystankiem było Los Angeles- krótkim świadomie gdyż nie ma tam tak naprawdę nic szczególnego poza napisem HOLLYWOOD na wzgórzu czy ciekawym budynkiem Petersen Automotive Museum . Całe miasto wygląda jak zbudowane z tektury. Poza tym jest dość smrodliwe, tak samo zresztą jak Miami, ale o tym później. Był to więc punkt "do zaliczenia" i tak też się to odbyło. Zobaczyliśmy napis, zjedliśmy hamburgery w Wendy`s w Beverly Hills, uwieczniliśmy tych panów na zdjęciu i ruszyliśmy dalej:




Nieco przyjemniejsze wrażenie robiła Santa Monica z ogromną, publiczną plażą pełną młodzieży uprawiającej różne sporty, z luna parkiem nad brzegiem morza,z doskonale zorganizowaną przestrzenią do zaparkowania samochodów czy też z kameralnym deptakiem pełnym ulicznych performersów i  straganów z lodami czy innymi przekąskami





Niestety czas nas trochę gonił, mieliśmy przed sobą jeszcze ponad 100 mil do hotelu oraz niespodziankę w postaci wyczerpanej baterii w nawigacji a co za tym idzie brak internetu. Na szczęście dysponowaliśmy mapą "analogową" więc bez większych problemów udało nam się wrócić na autostradę i po zmroku dotrzeć do Bakersfield.

A o tym co było dalej już wkrótce :-)

Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger