sobota, 9 kwietnia 2016

Barcelona cz.III - BĄBLE, LODY I DWA KÓŁKA



Wędrując z powrotem w stronę stacji metra Barceloneta nie sposób przejść obojętnie obok jednego z ciekawszych miejsc w centrum miasta- chodzi o Can Paixano (Carrer de Reina Cristina 7)- mały lokal połączony ze sklepem, w którym od 9.00 rano można posilać się nie tylko rewelacyjnymi kanapkami na ciepło i na zimno, jamón serrano,iberico, chorizo, serem czy oliwkami, ale przede wszystkim hiszpańską cavą, którą właściciele sami produkują. Zresztą cóż może być piękniejszego w letni poranek niż schłodzony, bąbelkowy trunek na śniadanie, w drodze na plażę? Brzmi pięknie i jest prawdziwe.
Gdy szukaliśmy tego miejsca po raz pierwszy popełniliśmy taktyczny błąd, gdyż udaliśmy się na poszukiwania grubo po zmroku i do tego w niedzielę a ten lokal po pierwsze zamykają dość wcześnie jak na Hiszpanię, bo około 22.00, po drugie w niedzielę jest nieczynny a po trzecie nie ma nad nim żadnego szyldu. Wejście do niego stanowią szklane drzwi na noc zasłaniane wielkimi drewnianymi. Oczywiście my nigdy nie poddajemy się zbyt łatwo więc wróciliśmy następnego dnia rano i spotkała nas zasłużona nagroda. Can Paixano było otwarte  w środku pomimo wczesnej pory tętniło życie
Wybraliśmy kanapki z morcillą czyli hiszpańską kaszanką (zamiast kaszy używa się ryżu), która ma nieco mniej nachalny wątróbkowy posmak, boczkiem, szynką,foie gras z roquefor- wszystko niechlujnie zawinięte w papier, i do tego cavę wytrawną i na deser różową.





Na szczęście w godzinach porannych nie ma jeszcze tłoku i można spokojnie przekazać zamówienie obsłudze. Natomiast w porze lunchu ciężko wejść do środka nie mówiąc już o dopchaniu się do lady. Na szczęście wszystko co oferuje to miejsce jest wypisane na dużych tablicach wiszących nad patelniami i rusztami, przy których uwijają się ubrani na czarno panowie.
Wygląda to mniej więcej tak:

Rano:


w porze lunchu:



Dla mnie takie miejsca mają swój niepowtarzalny, lokalny urok, o jakości serwowanych tam posiłków świadczy ilość śmieci na podłodze. Pierwsze pojawiają się zaraz po otwarciu:


Później ze względu na panujący w środku tłok nie ma szans żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie.
Oczywiście wytresowana przez polskie tradycje mam opór w rzucaniu śmieci na ziemię, ale pomału się przełamuję i przy każdej następnej bytności w Hiszpanii robię to coraz swobodniej. Podobne odczucia wzbudza we mnie Chińczyk plujący i charkający na ulicy, ale jak się okazało i do tego można się przyzwyczaić .Tak jest i nie ma co się dziwić. A przełamanie własnego oporu czasem bywa wyzwalające i sprawia dużo radości ;-)
Wspominałam już, że oprócz baru działa też sklepik, w którym można zaopatrzyć się w większe ilości różnych gatunków cavy, jak również w długodojrzewającą szynkę, ser i różnego rodzaju przetwory. Naprawdę warto, wszystko jest przepyszne i wcale nie bardzo drogie- na przykład cena cavy zaczyna się od 5 euro za butelkę, za kieliszek w barze zapłacimy od 1,15 euro.



Objedzeni postanowiliśmy spalić kalorie jeżdżąc na rowerze- pomarańczowe rowery są jedynie dla mieszkańców Barcelony, ale tuż obok kościoła Santa Maria del Mar jest całkiem nieźle wyposażona wypożyczalnia. Pogoda dopisywała więc długo się nie zastanawialiśmy.




Mając w nogach solidną zaprawę w postaci zajęć spinningu kilka razy w tygodniu postanowiliśmy pojechać wzdłuż wybrzeża do Badalony. Każdy z nas wybrał sobie rower, ja mam słabość do koloru fioletowego.... Mógłby w tym miejsc pojawić się komentarz, że jestem typową kobietą, bo przy wyborze pojazdu kieruję się kolorem, ale nic bardziej błędnego. Wszystkie rowery miały to samo wyposażenie i różniły się jedynie kolorem... To taka mała dygresja. Wracając jednak do mojego fioletowego rumaka- chociaż mam w domu rower, wiem jak powinny kręcić się koła, byłam tak zaaferowana, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że przednie koło ciężko było ruszyć z miejsca...Czujność-zero. Chyba podświadomie uznałam, że skoro to wypożyczalnia w dzielnicy gotyckiej, to i rower musi być wysłużony i leciwy. Ruszyliśmy. Włączyłam endomondo- z ciekawości. W Barcelonie jest sporo ścieżek dla rowerzystów więc jeździ się bardzo przyjemnie:



Po pięciu kilometrach zaczęły mnie boleć nogi - fakt ten wzbudził oczywiście nie lada wesołość u mojego towarszysza. Jak na ironię im dalej w las tym było gorzej. Oczywiście starałam się nie okazywać zmęczenia ani tym bardziej irytacji, ale było naprawdę ciężko. Jedynie widoki rekompensowały mi trud tej wycieczki:



Po 12 kilometrach rower zaczął wydawać dziwne dźwięki po czy stanął całkowicie. O dojechaniu do Badalony nie było mowy choć dzieliło nas niewiele. Na powrót do wypożyczalni mieliśmy półtorej godziny, 12 kilometrów i niesprawny rower...Na szczęście po dokładnych oględzinach okazało się, że zakleszczył się hamulec i wystarczyło jedynie go rozkręcić. Pytanie tylko czym...? Urządziliśmy rozpaczliwą łapankę na pojedynczych rowerzystów w nadziei, że któryś z nich będzie miał jakiekolwiek narzędzia. Po kilkunastu minutach, tracąc już optymizm, zatrzymaliśmy wystylizowanego sportowo starszego pana, który niczym magik na przedstawieniu wyjął z niezbędnika klucz francuski, który dla ułatwienia w Hiszpanii jest kluczem angielskim, i pomógł nam uporać się z zapieczonym hamulcem. Radości nie było końca. Natychmiast żwawo i z nową energią skierowaliśmy się w stronę wypożyczalni aby oddać wadliwy rower.
Finał historii był jednak taki, że po opowiedzeniu naszej przygody już na miejscu miły serwisant zaproponował nam dodatkowy czas jazdy na innym rowerze- z czego oczywiście skorzystaliśmy i dwa dni później dostaliśmy 4 godziny w cenie dwóch.
Wracając jeszcze na chwilę do drogi powrotnej- zahaczyliśmy o najlepszą lodziarnię w jakiej kiedykolwiek byliśmy i do której zawsze wracamy choćby nie wiem co: VIOKO (Passeig de Joan de Borbó 55). Lody drogie, ale porcje olbrzymie, smaki odlotowe, a wszystko z naturalnych składników (żałuję, że zdjęcie z tablicą smakową wyszło takie niewyraźne). Absolutnym hitem dla nas jest smak dulce de leche...Nawet teraz na samo wspomnienie cieknie mi ślinka...:







To miejsce z gatunku must taste, zwłaszcza jeśli jest się choć trochę łasuchem. Oprócz lodów można kupić tam czekoladę ich produkcji, ciasta,torty, pralinki czy makaroniki lub po prostu napić się dobrej kawy-tym razem bez bąbelków.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger