środa, 4 maja 2016

Barcelona cz.V- ostatnia

Barcelona cz.V-  ostatnia

Po Barcelonie można się włóczyć bez końca i ciągle odkrywać nowe miejsca. Jako że mieliśmy zagwarantowane ekstra godziny w wypożyczalni rowerowej (4h w cenie dwóch w ramach rekompensaty za zepsute hamulce) postanowiliśmy zjeździć część wzgórza Monjuic oraz dzielnicę Eixample Nie planowaliśmy wizyty w Muzeum Sztuki Katalońskiej ani w żadnym innym więc rower był jak najbardziej właściwym środkiem lokomocji. Patrząc na mapę można by odnieść wrażenie, że wzgórze jest dość strome. I byłoby to wrażenie jak najbardziej właściwe. Na szczęście jednak na pomoc naszej kondycji przyszedł wynalazek w postaci ruchomych schodów, które pozwoliły nam w miarę komfortowo wdrapać się na poziom obiektów olimpijskich. Być może to nieco perwersyjne wjeżdżać rowerem po ruchomych schodach, ale co tam, raz się żyje.Nie dość, że zmęczenie mniejsze to i czas podjazdu całkiem niezły. A przy tym odległości jakie trzeba tam pokonać jakby krótsze.
Drugą część wzgórza- w stronę zamku- przeszliśmy na piechotę innego dnia ułatwiając sobie drogę autobusem (teleferic akurat nie działał), który dowiózł nas pod stację kolejki. Oczywiście nie zamierzaliśmy zwiedzać zamku a jedynie pokręcić się po okolicy. Dochodząc na szczyt, minąwszy punkt widokowy o wdzięcznej nazwie MIRAMAR skręciliśmy w ścieżkę pomiędzy krzakami, która na początku nie wyglądała zbyt obiecująco. Po chwili jednak ujrzeliśmy przepiękną panoramę miasta oraz portu:





Zachęceni widokami szliśmy dalej nie mając już żadnych wątpliwości dokąd prowadzi ta ścieżka na zboczu wzgórza: do cmentarza Montjuic, który tak pięknie widać gdy wjeżdża się do Barcelony od strony Sitges. Fani Almodovara pamiętają go na pewno również z filmu "Hable con ella".





Niestety mam tylko tyle zdjęć- dokładną eksplorację tego miejsca zostawiłam na następny raz, tak samo jak Poble Espanyol- z bardzo prozaicznego powodu- fizycznie jest dla mnie niewykonalne pokonywać dziennie pieszo więcej niż 20-30 kilometrów i jeszcze do tego czerpać radość ze zwiedzania nie zwracając uwagi na głód, pragnienie, temperaturę czy niewygodne buty. W końcu smakowanie miasta to nie maraton. Ale wrócić tu wrócę na pewno.
 Przemierzając w stronę centrum dzielnicę Eixample zachwyciły mnie detale  drobiazgi architektoniczne  tego miejsca , tak skrytykowanej przez barcelończyków (bo dzielnica ma geometryczny kształt, bo wszystkie ulice mają szerokość 20 metrów, domy 133,3 a do tego zabrakło wewnętrznych ogrodów itd, itp). No cóż, pewnie jak się było zamożnym obywatelem, którego było stać na zakup mieszkania w tej części miasta ( a przy okazji kwaterki na wspomnianym cmentarzu) to można było kręcić nosem, jednak patrząc na Eixample (gdzie soją domy autorstwa Gaudiego)  z perspektywy na przykład bloków z wielkiej płyty nie przesadzałabym z wybrzydzaniem. Ale żeby nie być gołosłowną, sami zobaczcie:













Inną perełką jest dawny sklep z parasolkami- tym razem już na Rambli:







I tak można by bez końca zachwycać się poszczególnymi budynkami...
Obiecałam jeszcze dorzucić garść informacji o buffet libre.
Jest to bardzo popularna w Barcelonie forma jedzenia polegającą na tym, że płaci się raz określoną kwotę- zazwyczaj w godzinach 12.00-16.00 to ok.10 euro- i można jeść do syta. Często w konsumpcję wliczony jest napój, deser i kawa.
Miejscem, którego zdecydowanie nie polecam jest La Vaca Paca przy Passeig de Gracia 21. Oczywiście na ich stronie przeczytacie, że mają wspaniałe jedzenie, wszystko naturalne, świeże i w namiarze. Niestety- mięso, które serwują ma konsystencję podeszwy, warzyw jest mało, wybór ogólnie bardzo ubogi. Do tego wszystko letnie. Miałam tak negatywne odczucia, że nawet nie chciało mi się wyciągnąć telefonu w celu pstryknięcia kilku fotek.
Natomiast jeśli będziecie w pobliżu Sagrady polecam buffet Lactuca- zwłaszcza dla wegetarian i osób, które najedzą się daniami bezmięsnymi. Buffet znajduje się tuz obok McDonalds`a (Carrer de Provenca 427). Mają ogromny wybór świeżych warzyw, oprócz tego zawsze jest zupa, kilka rodzajów pizzy, bardzo dobra paella, frytki, makarony,zapiekanki makaronowe itd,







Natomiast moim numerem jeden jest Arc de Triomf Wok Restaurant  (Passeig de Lluis Companys 19)- to raj dla miłośników owoców morza, mięsa i warzyw, które kucharza przyrządza na Waszych oczach. Oprócz tego dość duży wybór chińskich pierożków i makaronów różnych wariantach. No najważniejsze- sushi....
Jeśli marzyliście o tym, żeby zapłacić 11 euro i najeść się sushi do syta- to miejsce na Was czeka.
Oczywiście nie spodziewajcie się sushimasterskich cudów, ale na pewno nie rozczarujecie się świeżością tego co tam podają.







Jeśli będziecie mogli się potem ruszyć z miejsca-zachęcam do dowiedzenia pobliskiego Parku de la Ciutadella





I to koniec relacji z Barcelony- celowo pominęłam miejsca, o których przeczytacie w każdym przewodniku. Jednocześnie mam nadzieję, że udało mi się pokazać Wam to miasto z nieco innej , bardziej osobistej perspektywy.



niedziela, 17 kwietnia 2016

BARCELONA CZ.IV- NIESPODZIANKI

BARCELONA CZ.IV-   NIESPODZIANKI


Będąc w nowym miejscu nigdy nie zdarzyło mi się odhaczyć wszystkich punktów z listy "must see", zawsze zostawiam coś na następny raz. I choć przy Sagrada Familia byłam wielokrotnie to jednak do środka weszłam dopiero teraz. Świadomie odwlekałam ten moment, bo prace remontowe wciąż trwają i wnętrze pięknieje z roku na roku. Ale o tym za moment.
Ilekroć podziwiałam architekturę z zewnątrz, włos mi się jeżył na głowie gdy widziałam Sagradę okręconą ludźmi stojącymi w kolejce po bilet wstępu-niezależnie od pogody ludzie stali godzinami w kolejce za każdym razem gdy tam byłam. Dlatego teraz wykazałam się sprytem (tak mi się przynajmniej wydawało) i kupiłam go dla nas z wyprzedzeniem przez internet. Wybrałam dość dziwną godzinę jak na mnie, bo 13.00... Chyba wyszłam z założenia, że tym razem nie będziemy się nigdzie spieszyć. Już w Barcelonie okazało się jednak,że rytm dnia układa się zgoła inaczej i tak naprawdę już o 10 rano jesteśmy gotowi do wymarszu. Poza SF mieliśmy w planach obejrzenie jeszcze Sant Pau Recinte Modernista, ale jako że usytuowany jest tylko 5 minut spacerem od kościoła więc nadal nie mieliśmy koncepcji jak zagospodarować czas. Postanowiliśmy pojechać wcześniej, po prostu pokręcić się po okolicy i zdać się łut szczęścia.
Gdy wysiedliśmy z metra na stacji Guinardó I Hospital de Sant Pau niemalże weszliśmy na drogowskaz na Turó de la Rovira. Czytałam wcześniej o tym punkcie widokowym z bunkrami (Bunkers del Caramel), ale nie planowałam się tam wybierać. Skoro jednak mieliśmy nadmiar czasu, nie zastanawialiśmy ani chwili. Droga prowadziła pod górę, robiło się coraz cieplej. Na szczęście jednak z powodu naprawdę stromego podejścia, które obsadzone było domami mieszkalnymi jakiś geniusz wpadł na pomysł zainstalowania czegoś w rodzaju kolejki szynowej, z której korzystają zarówno turyści jak i mieszkańcy. Dla ambitnych są do wyboru schody.

My oczywiście wjechaliśmy. I tak czekało nas jeszcze podejście  na samym wzgórzu aż do bunkrów wśród drzew przepełnionych papugami robiącymi mnóstwo hałasu.



Już na tym etapie wycieczki byliśmy zachwyceni natomiast po dotarciu na miejsce poczuliśmy się jakbyśmy siedzieli na dachu miasta





Spędziliśmy tam tak dużo czasu delektując się widokiem, słońcem i słodkim lenistwem, że ledwo zdążyliśmy "zaliczyć" z zewnątrz wspomniany Sant Pau autorstwa Lluís Domènech i Montaner
Nie wiedzieć czemu jest pomijany w przewodnikach a to naprawdę perełka modernizmu katalońskiego z początku XIX wieku widniejąca na liście Unesco od 1997 roku. Mam w domu przewodnik/ album po Barcelonie, kupiony zresztą lata temu niedaleko Sagrady- on również milczy na temat tego miejsca.



Do Sagrady dotarliśmy punktualnie na 13.00 i z gęsią skórką (przynajmniej ja) weszliśmy do środka.
Nie będę się rozwodziła nad detalami, grą światłem, przytłaczającą swym geniuszem koncepcją tej świątyni. Sami zobaczcie- słowa są tu absolutnie zbędne









Komentarz niepotrzebny,prawda?
Najbardziej żałowałam, że nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego z prawdziwego zdarzenia a jedynie telefon komórkowy. Ale jak się nie ma co się lubi.....:-)

A już w następnym poście wzgórze Montjuic rowerem i nie tylko, test barcelońskich buffet libre oraz trochę miejskiej architektury....


P.S. Wychodziliśmy z Sagrady prosto na budynek z kasami....wyobraźcie sobie, że nie było kolejki...
Taka sytuacja zdarzyła mi się w Hiszpanii już po raz drugi, ale o tym w relacji z Malagi i okolic za jakiś czas.

sobota, 9 kwietnia 2016

Barcelona cz.III - BĄBLE, LODY I DWA KÓŁKA

Barcelona  cz.III - BĄBLE, LODY I DWA KÓŁKA


Wędrując z powrotem w stronę stacji metra Barceloneta nie sposób przejść obojętnie obok jednego z ciekawszych miejsc w centrum miasta- chodzi o Can Paixano (Carrer de Reina Cristina 7)- mały lokal połączony ze sklepem, w którym od 9.00 rano można posilać się nie tylko rewelacyjnymi kanapkami na ciepło i na zimno, jamón serrano,iberico, chorizo, serem czy oliwkami, ale przede wszystkim hiszpańską cavą, którą właściciele sami produkują. Zresztą cóż może być piękniejszego w letni poranek niż schłodzony, bąbelkowy trunek na śniadanie, w drodze na plażę? Brzmi pięknie i jest prawdziwe.
Gdy szukaliśmy tego miejsca po raz pierwszy popełniliśmy taktyczny błąd, gdyż udaliśmy się na poszukiwania grubo po zmroku i do tego w niedzielę a ten lokal po pierwsze zamykają dość wcześnie jak na Hiszpanię, bo około 22.00, po drugie w niedzielę jest nieczynny a po trzecie nie ma nad nim żadnego szyldu. Wejście do niego stanowią szklane drzwi na noc zasłaniane wielkimi drewnianymi. Oczywiście my nigdy nie poddajemy się zbyt łatwo więc wróciliśmy następnego dnia rano i spotkała nas zasłużona nagroda. Can Paixano było otwarte  w środku pomimo wczesnej pory tętniło życie
Wybraliśmy kanapki z morcillą czyli hiszpańską kaszanką (zamiast kaszy używa się ryżu), która ma nieco mniej nachalny wątróbkowy posmak, boczkiem, szynką,foie gras z roquefor- wszystko niechlujnie zawinięte w papier, i do tego cavę wytrawną i na deser różową.





Na szczęście w godzinach porannych nie ma jeszcze tłoku i można spokojnie przekazać zamówienie obsłudze. Natomiast w porze lunchu ciężko wejść do środka nie mówiąc już o dopchaniu się do lady. Na szczęście wszystko co oferuje to miejsce jest wypisane na dużych tablicach wiszących nad patelniami i rusztami, przy których uwijają się ubrani na czarno panowie.
Wygląda to mniej więcej tak:

Rano:


w porze lunchu:



Dla mnie takie miejsca mają swój niepowtarzalny, lokalny urok, o jakości serwowanych tam posiłków świadczy ilość śmieci na podłodze. Pierwsze pojawiają się zaraz po otwarciu:


Później ze względu na panujący w środku tłok nie ma szans żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie.
Oczywiście wytresowana przez polskie tradycje mam opór w rzucaniu śmieci na ziemię, ale pomału się przełamuję i przy każdej następnej bytności w Hiszpanii robię to coraz swobodniej. Podobne odczucia wzbudza we mnie Chińczyk plujący i charkający na ulicy, ale jak się okazało i do tego można się przyzwyczaić .Tak jest i nie ma co się dziwić. A przełamanie własnego oporu czasem bywa wyzwalające i sprawia dużo radości ;-)
Wspominałam już, że oprócz baru działa też sklepik, w którym można zaopatrzyć się w większe ilości różnych gatunków cavy, jak również w długodojrzewającą szynkę, ser i różnego rodzaju przetwory. Naprawdę warto, wszystko jest przepyszne i wcale nie bardzo drogie- na przykład cena cavy zaczyna się od 5 euro za butelkę, za kieliszek w barze zapłacimy od 1,15 euro.



Objedzeni postanowiliśmy spalić kalorie jeżdżąc na rowerze- pomarańczowe rowery są jedynie dla mieszkańców Barcelony, ale tuż obok kościoła Santa Maria del Mar jest całkiem nieźle wyposażona wypożyczalnia. Pogoda dopisywała więc długo się nie zastanawialiśmy.




Mając w nogach solidną zaprawę w postaci zajęć spinningu kilka razy w tygodniu postanowiliśmy pojechać wzdłuż wybrzeża do Badalony. Każdy z nas wybrał sobie rower, ja mam słabość do koloru fioletowego.... Mógłby w tym miejsc pojawić się komentarz, że jestem typową kobietą, bo przy wyborze pojazdu kieruję się kolorem, ale nic bardziej błędnego. Wszystkie rowery miały to samo wyposażenie i różniły się jedynie kolorem... To taka mała dygresja. Wracając jednak do mojego fioletowego rumaka- chociaż mam w domu rower, wiem jak powinny kręcić się koła, byłam tak zaaferowana, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że przednie koło ciężko było ruszyć z miejsca...Czujność-zero. Chyba podświadomie uznałam, że skoro to wypożyczalnia w dzielnicy gotyckiej, to i rower musi być wysłużony i leciwy. Ruszyliśmy. Włączyłam endomondo- z ciekawości. W Barcelonie jest sporo ścieżek dla rowerzystów więc jeździ się bardzo przyjemnie:



Po pięciu kilometrach zaczęły mnie boleć nogi - fakt ten wzbudził oczywiście nie lada wesołość u mojego towarszysza. Jak na ironię im dalej w las tym było gorzej. Oczywiście starałam się nie okazywać zmęczenia ani tym bardziej irytacji, ale było naprawdę ciężko. Jedynie widoki rekompensowały mi trud tej wycieczki:



Po 12 kilometrach rower zaczął wydawać dziwne dźwięki po czy stanął całkowicie. O dojechaniu do Badalony nie było mowy choć dzieliło nas niewiele. Na powrót do wypożyczalni mieliśmy półtorej godziny, 12 kilometrów i niesprawny rower...Na szczęście po dokładnych oględzinach okazało się, że zakleszczył się hamulec i wystarczyło jedynie go rozkręcić. Pytanie tylko czym...? Urządziliśmy rozpaczliwą łapankę na pojedynczych rowerzystów w nadziei, że któryś z nich będzie miał jakiekolwiek narzędzia. Po kilkunastu minutach, tracąc już optymizm, zatrzymaliśmy wystylizowanego sportowo starszego pana, który niczym magik na przedstawieniu wyjął z niezbędnika klucz francuski, który dla ułatwienia w Hiszpanii jest kluczem angielskim, i pomógł nam uporać się z zapieczonym hamulcem. Radości nie było końca. Natychmiast żwawo i z nową energią skierowaliśmy się w stronę wypożyczalni aby oddać wadliwy rower.
Finał historii był jednak taki, że po opowiedzeniu naszej przygody już na miejscu miły serwisant zaproponował nam dodatkowy czas jazdy na innym rowerze- z czego oczywiście skorzystaliśmy i dwa dni później dostaliśmy 4 godziny w cenie dwóch.
Wracając jeszcze na chwilę do drogi powrotnej- zahaczyliśmy o najlepszą lodziarnię w jakiej kiedykolwiek byliśmy i do której zawsze wracamy choćby nie wiem co: VIOKO (Passeig de Joan de Borbó 55). Lody drogie, ale porcje olbrzymie, smaki odlotowe, a wszystko z naturalnych składników (żałuję, że zdjęcie z tablicą smakową wyszło takie niewyraźne). Absolutnym hitem dla nas jest smak dulce de leche...Nawet teraz na samo wspomnienie cieknie mi ślinka...:







To miejsce z gatunku must taste, zwłaszcza jeśli jest się choć trochę łasuchem. Oprócz lodów można kupić tam czekoladę ich produkcji, ciasta,torty, pralinki czy makaroniki lub po prostu napić się dobrej kawy-tym razem bez bąbelków.


Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger