środa, 29 czerwca 2016

Pekin cz.I- na tropie kaczki

Pekin cz.I- na tropie kaczki

Chyba tradycją już stanie się nasze zwiedzanie na rowerze :-) Oczywiście Pekin jako miasto komunikacyjnie rozwinięte wręcz doskonale oferuje całą siatkę połączeń metrem i choć jest to najszybsza forma poruszania się to jednak sporo widoków umyka. Stąd pomysł aby jeden dzień spędzić na niespiesznym objeździe szeroką pętlą wokół Zakazanego Miasta- w sumie jakieś 40 kilometrów-będąc cały czas w ścisłym centrum miasta- to tak dla wyobrażenia sobie jak ogromny jest Pekin.
Celem była oczywiście kaczka  po pekińsku. Dokopałam się do starych zapisków, które robiłam pod naciskiem rodzicielskim (będąc jeszcze dzieckiem)  podczas rejsu do Chin właśnie, w 1983 roku. Według informacji, które tam zapisałam kaczkę piecze się na ogniu z drzewa różanego i brzoskwiniowego. Czy stosuje się tą metodę obecnie- nie wiem. W mojej książce kucharskiej (również chińskiej) polecają upiec ją po prostu w piekarniku polewając roztworem wody, brązowego cukru i soli aby nadać skórce błysk i chrupkość. Kaczkę podaje się bez kości, już pokrojoną, w towarzystwie cienkich naleśniczków, sosu hoi-sin, pędów czosnku, ogórka i obowiązkowo glutaminianu sodu. Wiem, że to dziwi, ale ten ostatni składnik można z powodzeniem kupić w każdym sklepie w workach od 0,5 kilograma w górę i praktycznie  dodaje się go do wszystkiego, nawet w restauracji do kaczki- stąd pewnie taka ilość zachorowań na raka żołądka wśród Chińczyków.
Wracając jednak do naszej wycieczki- przed wyjazdem przygotowałam się merytorycznie do tematu, bo przecież nie jest sztuką zjeść popisowe pekińskie danie na głównej ulicy i zostawić w zamian zawartość portfela przeznaczoną na tygodniowy pobyt. Zresztą generalnie wszędzie unikam gastronomii mocno turystycznej dlatego też wybrałam rekomendowany na internetowych forach lokal Xiaowang`s Home Restaurant. W jednej z recenzji znalazłam taki zapis " tricky to find", który w naszym przypadku okazał się proroczy....
W znalezieniu pomagały nam screeny mapy, przechodnie a nawet policjanci z chińską nawigacją z posterunku, który był dosłownie 50 metrów od restauracji. Szukaliśmy go od takiej strony i wśród nieistniejących na mapie uliczek ukrytych  pomiędzy wieżowcami, że nie dziwi mnie, iż mieliśmy trudności.  Już mieliśmy zrezygnować gdy nagle po wyjściu dosłownie za róg ze wspomnianego komisariatu zobaczyliśmy szyld z nazwą knajpki. Wejście było natomiast mocno ukryte i prezentowało się tak:

"Tricky" prawda? Czuję się usprawiedliwiona :-)
Lokal okazał się czysty, dość europejski w wystroju, obsługa oczywiście nie mówiła po angielsku, ale za to karta była nie dość, że z obrazkami to jeszcze dwujęzyczna.
I tu tak małą dygresja- jadąc do Chin nie należy przejmować się nieznajomością angielskiego, większość Chińczyków też go nie zna. Natomiast bardzo przydają się zdolności manualne, rysunkowe, wyobraźnia no i pantomima- ale o tym później.
Wracając jednak do kaczki- okazała się wyborna, idealnie chrupka z zewnątrz i delikatna w środku. Nic dodać, nic ująć.Oprócz niej skosztowaliśmy kurczaka z orzeszkami i smażonych bakłażanów z czosnkiem. Pyszne, fantastyczne, niezapomniane. W takich chwilach żałuję, że mam tylko jeden żołądek. A przydałoby się co najmniej kilka żeby spróbować choć połowy i móc się potem ruszać o własnych siłach.

Niestety z powodu światła w restauracji zdjęcia wyszły nieco pożółkłe, ale lepsze takie niż żadne.





Gdy pół roku później  odwiedziłam to miejsce ponownie, okazało się, że nie ma chyba bardziej widocznej z daleka restauracji- a wszystko zależało tylko od tego którą drogą się do niej dociera.


Także jeśli nie chcecie kluczyć, najlepiej podjechać metrem (linia 10) do stacji Jintaixizhao i kierować się w stronę ulicy Guanghua Road. W pobliżu znajdziecie dość ciekawy budynek stacji telewizyjnej-oczywiście państwowej- i inne drapacze chmur, które wciąż wyrastają tu jak grzyby po deszczu



środa, 4 maja 2016

Barcelona cz.V- ostatnia

Barcelona cz.V-  ostatnia

Po Barcelonie można się włóczyć bez końca i ciągle odkrywać nowe miejsca. Jako że mieliśmy zagwarantowane ekstra godziny w wypożyczalni rowerowej (4h w cenie dwóch w ramach rekompensaty za zepsute hamulce) postanowiliśmy zjeździć część wzgórza Monjuic oraz dzielnicę Eixample Nie planowaliśmy wizyty w Muzeum Sztuki Katalońskiej ani w żadnym innym więc rower był jak najbardziej właściwym środkiem lokomocji. Patrząc na mapę można by odnieść wrażenie, że wzgórze jest dość strome. I byłoby to wrażenie jak najbardziej właściwe. Na szczęście jednak na pomoc naszej kondycji przyszedł wynalazek w postaci ruchomych schodów, które pozwoliły nam w miarę komfortowo wdrapać się na poziom obiektów olimpijskich. Być może to nieco perwersyjne wjeżdżać rowerem po ruchomych schodach, ale co tam, raz się żyje.Nie dość, że zmęczenie mniejsze to i czas podjazdu całkiem niezły. A przy tym odległości jakie trzeba tam pokonać jakby krótsze.
Drugą część wzgórza- w stronę zamku- przeszliśmy na piechotę innego dnia ułatwiając sobie drogę autobusem (teleferic akurat nie działał), który dowiózł nas pod stację kolejki. Oczywiście nie zamierzaliśmy zwiedzać zamku a jedynie pokręcić się po okolicy. Dochodząc na szczyt, minąwszy punkt widokowy o wdzięcznej nazwie MIRAMAR skręciliśmy w ścieżkę pomiędzy krzakami, która na początku nie wyglądała zbyt obiecująco. Po chwili jednak ujrzeliśmy przepiękną panoramę miasta oraz portu:





Zachęceni widokami szliśmy dalej nie mając już żadnych wątpliwości dokąd prowadzi ta ścieżka na zboczu wzgórza: do cmentarza Montjuic, który tak pięknie widać gdy wjeżdża się do Barcelony od strony Sitges. Fani Almodovara pamiętają go na pewno również z filmu "Hable con ella".





Niestety mam tylko tyle zdjęć- dokładną eksplorację tego miejsca zostawiłam na następny raz, tak samo jak Poble Espanyol- z bardzo prozaicznego powodu- fizycznie jest dla mnie niewykonalne pokonywać dziennie pieszo więcej niż 20-30 kilometrów i jeszcze do tego czerpać radość ze zwiedzania nie zwracając uwagi na głód, pragnienie, temperaturę czy niewygodne buty. W końcu smakowanie miasta to nie maraton. Ale wrócić tu wrócę na pewno.
 Przemierzając w stronę centrum dzielnicę Eixample zachwyciły mnie detale  drobiazgi architektoniczne  tego miejsca , tak skrytykowanej przez barcelończyków (bo dzielnica ma geometryczny kształt, bo wszystkie ulice mają szerokość 20 metrów, domy 133,3 a do tego zabrakło wewnętrznych ogrodów itd, itp). No cóż, pewnie jak się było zamożnym obywatelem, którego było stać na zakup mieszkania w tej części miasta ( a przy okazji kwaterki na wspomnianym cmentarzu) to można było kręcić nosem, jednak patrząc na Eixample (gdzie soją domy autorstwa Gaudiego)  z perspektywy na przykład bloków z wielkiej płyty nie przesadzałabym z wybrzydzaniem. Ale żeby nie być gołosłowną, sami zobaczcie:













Inną perełką jest dawny sklep z parasolkami- tym razem już na Rambli:







I tak można by bez końca zachwycać się poszczególnymi budynkami...
Obiecałam jeszcze dorzucić garść informacji o buffet libre.
Jest to bardzo popularna w Barcelonie forma jedzenia polegającą na tym, że płaci się raz określoną kwotę- zazwyczaj w godzinach 12.00-16.00 to ok.10 euro- i można jeść do syta. Często w konsumpcję wliczony jest napój, deser i kawa.
Miejscem, którego zdecydowanie nie polecam jest La Vaca Paca przy Passeig de Gracia 21. Oczywiście na ich stronie przeczytacie, że mają wspaniałe jedzenie, wszystko naturalne, świeże i w namiarze. Niestety- mięso, które serwują ma konsystencję podeszwy, warzyw jest mało, wybór ogólnie bardzo ubogi. Do tego wszystko letnie. Miałam tak negatywne odczucia, że nawet nie chciało mi się wyciągnąć telefonu w celu pstryknięcia kilku fotek.
Natomiast jeśli będziecie w pobliżu Sagrady polecam buffet Lactuca- zwłaszcza dla wegetarian i osób, które najedzą się daniami bezmięsnymi. Buffet znajduje się tuz obok McDonalds`a (Carrer de Provenca 427). Mają ogromny wybór świeżych warzyw, oprócz tego zawsze jest zupa, kilka rodzajów pizzy, bardzo dobra paella, frytki, makarony,zapiekanki makaronowe itd,







Natomiast moim numerem jeden jest Arc de Triomf Wok Restaurant  (Passeig de Lluis Companys 19)- to raj dla miłośników owoców morza, mięsa i warzyw, które kucharza przyrządza na Waszych oczach. Oprócz tego dość duży wybór chińskich pierożków i makaronów różnych wariantach. No najważniejsze- sushi....
Jeśli marzyliście o tym, żeby zapłacić 11 euro i najeść się sushi do syta- to miejsce na Was czeka.
Oczywiście nie spodziewajcie się sushimasterskich cudów, ale na pewno nie rozczarujecie się świeżością tego co tam podają.







Jeśli będziecie mogli się potem ruszyć z miejsca-zachęcam do dowiedzenia pobliskiego Parku de la Ciutadella





I to koniec relacji z Barcelony- celowo pominęłam miejsca, o których przeczytacie w każdym przewodniku. Jednocześnie mam nadzieję, że udało mi się pokazać Wam to miasto z nieco innej , bardziej osobistej perspektywy.



niedziela, 17 kwietnia 2016

BARCELONA CZ.IV- NIESPODZIANKI

BARCELONA CZ.IV-   NIESPODZIANKI


Będąc w nowym miejscu nigdy nie zdarzyło mi się odhaczyć wszystkich punktów z listy "must see", zawsze zostawiam coś na następny raz. I choć przy Sagrada Familia byłam wielokrotnie to jednak do środka weszłam dopiero teraz. Świadomie odwlekałam ten moment, bo prace remontowe wciąż trwają i wnętrze pięknieje z roku na roku. Ale o tym za moment.
Ilekroć podziwiałam architekturę z zewnątrz, włos mi się jeżył na głowie gdy widziałam Sagradę okręconą ludźmi stojącymi w kolejce po bilet wstępu-niezależnie od pogody ludzie stali godzinami w kolejce za każdym razem gdy tam byłam. Dlatego teraz wykazałam się sprytem (tak mi się przynajmniej wydawało) i kupiłam go dla nas z wyprzedzeniem przez internet. Wybrałam dość dziwną godzinę jak na mnie, bo 13.00... Chyba wyszłam z założenia, że tym razem nie będziemy się nigdzie spieszyć. Już w Barcelonie okazało się jednak,że rytm dnia układa się zgoła inaczej i tak naprawdę już o 10 rano jesteśmy gotowi do wymarszu. Poza SF mieliśmy w planach obejrzenie jeszcze Sant Pau Recinte Modernista, ale jako że usytuowany jest tylko 5 minut spacerem od kościoła więc nadal nie mieliśmy koncepcji jak zagospodarować czas. Postanowiliśmy pojechać wcześniej, po prostu pokręcić się po okolicy i zdać się łut szczęścia.
Gdy wysiedliśmy z metra na stacji Guinardó I Hospital de Sant Pau niemalże weszliśmy na drogowskaz na Turó de la Rovira. Czytałam wcześniej o tym punkcie widokowym z bunkrami (Bunkers del Caramel), ale nie planowałam się tam wybierać. Skoro jednak mieliśmy nadmiar czasu, nie zastanawialiśmy ani chwili. Droga prowadziła pod górę, robiło się coraz cieplej. Na szczęście jednak z powodu naprawdę stromego podejścia, które obsadzone było domami mieszkalnymi jakiś geniusz wpadł na pomysł zainstalowania czegoś w rodzaju kolejki szynowej, z której korzystają zarówno turyści jak i mieszkańcy. Dla ambitnych są do wyboru schody.

My oczywiście wjechaliśmy. I tak czekało nas jeszcze podejście  na samym wzgórzu aż do bunkrów wśród drzew przepełnionych papugami robiącymi mnóstwo hałasu.



Już na tym etapie wycieczki byliśmy zachwyceni natomiast po dotarciu na miejsce poczuliśmy się jakbyśmy siedzieli na dachu miasta





Spędziliśmy tam tak dużo czasu delektując się widokiem, słońcem i słodkim lenistwem, że ledwo zdążyliśmy "zaliczyć" z zewnątrz wspomniany Sant Pau autorstwa Lluís Domènech i Montaner
Nie wiedzieć czemu jest pomijany w przewodnikach a to naprawdę perełka modernizmu katalońskiego z początku XIX wieku widniejąca na liście Unesco od 1997 roku. Mam w domu przewodnik/ album po Barcelonie, kupiony zresztą lata temu niedaleko Sagrady- on również milczy na temat tego miejsca.



Do Sagrady dotarliśmy punktualnie na 13.00 i z gęsią skórką (przynajmniej ja) weszliśmy do środka.
Nie będę się rozwodziła nad detalami, grą światłem, przytłaczającą swym geniuszem koncepcją tej świątyni. Sami zobaczcie- słowa są tu absolutnie zbędne









Komentarz niepotrzebny,prawda?
Najbardziej żałowałam, że nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego z prawdziwego zdarzenia a jedynie telefon komórkowy. Ale jak się nie ma co się lubi.....:-)

A już w następnym poście wzgórze Montjuic rowerem i nie tylko, test barcelońskich buffet libre oraz trochę miejskiej architektury....


P.S. Wychodziliśmy z Sagrady prosto na budynek z kasami....wyobraźcie sobie, że nie było kolejki...
Taka sytuacja zdarzyła mi się w Hiszpanii już po raz drugi, ale o tym w relacji z Malagi i okolic za jakiś czas.

Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger