poniedziałek, 13 marca 2017

Nowy Jork od kuchni-cz.II " Ten straszny Brooklyn"

Nowy Jork od kuchni-cz.II " Ten straszny Brooklyn"

Celowo jako sypialnię w Nowym Jorku wybraliśmy Chinatown na Manhattanie. Po pierwsze dlatego, że ceny są tam niższe-począwszy od jedzenia na hotelach kończąc- a jak ruszasz z domu na prawie cztery tygodnie to mimo wszystko budżet trzeba rozplanować z głową. Po drugie w Chinatown czujemy się jak w domu- nie straszne są nam produkty w chińskich sklepach spożywczych, nie rażą nas zbytnio bezstresowo charkający i plujący na ulicy Chińczycy, po trzecie jedzenie jest więcej niż akceptowalne a i w sklepach można się potargować a po czwarte bliskość Soho, Małej Italii czy właśnie Brooklynu była niezmiernie kusząca , zwłaszcza, że nie zamierzaliśmy spędzić całego pobytu tylko i wyłącznie na Manhattanie wśród białej klasy średniej.
Pierwszy świt spędziliśmy na Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge oraz pomiędzy nimi w śpiącej jeszcze, szalenie modnej ostatnio dzielnicy Dumbo.  W zasadzie wrażenia ciężko opisać, siedzieliśmy nad rzeką jak zauroczeni nie mogąc ruszyć się z miejsca. Już samo przejście przez Brooklyn Bridge w promieniach wschodzącego słońca miało wydźwięk wręcz magiczny a Nowy Jork wyglądał jak jedno wielkie świetlne widowisko.




Natomiast Manhattan Bridge bardzo dostojnie wyzierał spomiędzy ceglanych loftów.


Wzdłuż rzeki (East River) ciągnie się Brooklyn Bridge Park oraz  Brooklyn Heights Promenade- coś w rodzaju deptaka, z którego można podziwiać panoramę dolnego Manhattanu.


Pora była wczesna więc nie mogliśmy liczyć nawet na otwartą lodziarnię Brooklyn Ice Cream Factory (do której koniec końców nie dane nam było dotrzeć), ale postanowiliśmy wrócić wieczorową porą do pizzerii Grimaldich, uważanej za najlepszą w Nowym Jorku- ale o tym za moment.
Wracając na drugą stronę przemierzaliśmy Manhattan Bridge, z którego rozpościerał się widok na dachy domów pełne prac grafficiarzy





Teraz słów kilka o pizzerii. Niepozorny, biały, dwupiętrowy budynek, w którym mieści się Grimaldi`s Pizza nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia, ot dom jakich wiele. Pomimo zapowiedzi w internecie nie było kolejki na zewnątrz, ale może to za sprawą pory roku (zima) i pory dnia (17.00 w środku tygodnia).Niemniej jednak musieliśmy chwilę czekać na wolny stolik, bo wszystkie było zajęte


System zamawiania również jest nieco inny niż u nas- wybiera się wielkość pizzy, rodzaj ciasta oraz dodatki.Mieliśmy zakusy na dużą pizzę, ale zaufaliśmy informacji w karcie, że mała jest wystarczająca dla dwóch osób. Tak było faktycznie- pizza miała średnicę około 35 cm i była niemalże po brzegi wypchana dodatkami- mozzarellą, ricottą, oliwkami, bazylią i pomidorami. Ciasto dość cienkie, na rantach było lekko puchate. Była to jedna z nielicznych pizz, która nie była za słona ,i po której nie musiałam wlewać w siebie wody litrami. Dodatki świeże i pyszne. Ale czy byłą to najlepsza pizza na świecie? Raczej nie choć mieściła się w górnych stanach rankingowych i z całą pewnością jeszcze tam wrócę. Tak się prezentowała w całości i w kawałku.



Woda do picia była gratis a napiwki mile widziane. Obsługa zaskakująco dobrze mówiła po polsku co było miłym akcentem, zwłaszcza, że uwijali się naprawdę sprawnie i byli bardzo profesjonalni:-)
A po wyjściu od Grimaldich zastaliśmy taki oto widok:


W Nowym Jorku naprawdę można się zatracić.....

środa, 22 lutego 2017

Nowy Jork od kuchni - cz.I

Nowy Jork od kuchni - cz.I


Po sześciu szalenie intensywnych dniach spędzonych w Nowym Yorku jeszcze bardziej wiem, że nic nie wiem na temat tego ogromnego miasta. Wiem natomiast na tysiąc procent, że  Nowy Jork mnie zachwycił-przede wszystkim swoją różnorodnością i otwartością na tą właśnie różnorodność.
Wiem też, że na pewno tu wrócę.

Od początku założeniem całego USA Trip było wniknięcie w klimat, w codzienność, a nie skupianie się na muzeach, wystawach czy innych typowo turystycznych atrakcjach..
Dlatego też nie będzie tu porad na temat tego jaki rodzaj kart zniżkowych wybrać- New York Pass, City Pass czy może Explorer, kiedy dostaniemy się za darmo lub za mniejsze pieniądze  do wybranych muzeów czy na wystawę, który rejs dookoła Manhattanu wybrać itp, itd.
Ale na pewno będzie o jedzeniu zwłaszcza , że trochę podążaliśmy szlakiem mojego kuchennego guru, Anthony Bourdain`a i jego programów  "No Reservation" i "Layover". Ale nie tylko. Szukaliśmy też sami z całkiem niezłym skutkiem.
Na pierwszy ogień, jeszcze pierwszego wieczoru poszedł Shake Shack w Madison Square Park.
Jak widać na zdjęciu- kolejek nie było- ale to pewnie dlatego, że odwiedzaliśmy Nowy Jork w mało popularnej turystycznie porze roku.



Pomimo chłodu jaki panował na dworze oraz późnej pory nie brakowało chętnych do konsumpcji.
Czy w ogóle warto tam jeść? Przecież to zwykła sieciówka... Jeśli macie tego typu wątpliwości to zdecydowanie polecam to miejsce. Co przemawia za Shake Shack?
Po pierwsze jakość- hamburgery robione są z wołowiny krów rasy Angus, hodowanych bez hormonów i antybiotyków, na paszy bez dodatku GMO, to samo z kurczakami i mięsem na parówki. Po drugie -smak. Próbowaliśmy jedynie hamburgerów i frytek serowych ze względu na limit pojemnościowy naszych żołądków- były przepyszne.
Po trzecie cena- niewysoka jak na centrum Nowego Yorku - zwłaszcza w kontekście stosunku jakości do ceny.
Jak przystało na miejscówkę wymyśloną z głową, można tam kupić jedynie 6 rodzajów hamburgerów i trzy rodzaje hot- dogów, ale za to wszystko w wersji single lub double. Oprócz tego frytki zwykłe i z sosem serowym oraz różnego rodzaju desery i napoje. Jeśli nie tolerujemy glutenu lokal oferuje pieczywo bezglutenowe. Jedynie weganie obejdą się tam smakiem.


A co gdy się już najemy? Tuż przy Madison Square mamy Flatiron Building -słynne nowojorskie żelazko, Brodway Street, która doprowadzi nas aż do Times Square, Piątą Aleję, która jest przereklamowana, Empire State Building, Bryant Park i wiele innych atrakcji.

Natomiast samego Shake Shack`a znajdziemy rozsianego po całym Nowym Jorku, wszelkie stosowne informacje znajdziecie na ich stronie internetowej- tak samo zresztą jak menu.









środa, 8 lutego 2017

Foot Massage w Szanghaju

Foot Massage w Szanghaju



Zwiedzając różne miasta głównie na piechotę po jakimś czasie ma się po prostu dosyć, bo ile kilometrów można pokonywać dzień w dzień- 10, 15, 20? Czasem warto skusić się na odrobinę relaksu, dać sobie chwilę wytchnienia, zapaść się w leżance i pozwolić aby Twoimi zmęczonymi stopami zajęli się chińscy profesjonaliści. Tak, tak, nie ma w tym cienia ironii. Masaż stóp, który sobie zafundowałam w Szanghaju był najlepszym jaki kiedykolwiek miałam.
Nie szukałam miejscówki w dzielnicy francuskiej, bo po pierwsze ceny tam odstraszają, po drugie głównymi klientami są biali więc forma masażu jest ułożona pod nich (tak samo jak chińskie knajpy w Europie- mdłe i nijakie) a po trzecie chciałam spróbować czegoś autentycznego.
To czego szukałam znalazłam w niedużej odległości od Starego Miasta i Yuyuan Garden.
Zakład wyglądem lekko odstraszał, ale ciekawość zwyciężyła.
W środku na klientów czekały wygodne leżanki, na wprost nich telewizja nadawała chiński pop a zrelaksowani  goście popijali zieloną herbatę.
Weszłam.
Cena godzinnego masażu wynosiła 40 rmb (ok.20zł), ale Chińczycy to cwane bestie i oczywiście dolewając do wiadra , w którym moczy się nogi płynu relaksującego nie zająkną się, ze to dodatkowy koszt tak samo zresztą jak specjalny, aromaterapeutyczny olejek do masażu. Także bądźcie czujni.
Sam zakład natomiast wystrojem przypominał jakąś przedziwną mieszankę stylów i epok. Była tam czarno biała podłoga przypominająca pole do warcabów, ściany wyłożone tapetą sypialnianą, której sposób klejenia pozostawiał sporo do życzenia, szafki jak ze szkolnej szatni wf-u, nowoczesny dystrybutor wody, leżanki i ich pokrycie jak z ulicznej wystawki a do tego czyste, białe ręczniki i każde wiaderko wyłożone higienicznie świeżym workiem.




Czy było warto? O tak, była to jedna z przyjemniejszych wizyt w salonie masażu.
Ten akurat mieścił się przy Fangbang Road, na odcinku pomiędzy Henan i Renmin Road,ale sporo ich było również w całym mieście.
Ponieważ ten odcinek Fangbang Road ocalał-pewnie chwilowo- przed wyburzeniem, można tam wciąż znaleźć uliczne kramiki z jedzeniem, między innymi z chrupiącymi plackami ze szczypiorkiem, które szczerze polecam tak samo zresztą jak  każdą formę jedzenia na ulicy.







piątek, 16 grudnia 2016

Zhujiajiao Ancient Town- chińska Wenecja

Zhujiajiao Ancient Town- chińska Wenecja


To co widzicie na zdjęciu to Kezhi Garden w Zhujiajiao, zwanym potocznie chińską Wenecją. Oczywiście jest to jedno z wielu takich miejsc na przedmieściach Szanghaju, ale dla mnie chyba najładniejsze właśnie za sprawą tego ogrodu. Mieliśmy sporo szczęścia, bo jak widać nie spotkaliśmy tam rzeszy skośnookich turystów poza jakimiś pojedynczymi osobami co jak na Chiny jest raczej ewenementem. Dzięki temu można było w spokoju zrobić zdjęcia, ale też po prostu na chwilę się zatrzymać, zauważyć przepiękną przyrodę i architekturę tego miejsca, które miało w sobie strasznie dużo spokoju i sprzyjało kontemplacji. Taki trochę tajemniczy ogród jak w powieści F.H.Burnett-jeśli wiecie o czym mówię.





Ogród znajduje się w północnej części Zhujiajiao, znajdziecie go bez trudu dzięki licznym drogowskazom. Warto wybrać się tam wcześniej gdyż później można przy wejściu natknąć się na taki obrazek z wycieczką szkolną w roli głównej:




Samo Zhujiajiao to sieć kanałów otoczonych niziutką zabudową usługowo-mieszkalną. Fronty wychodzą na wąskie uliczki a to co się dzieje "od kuchni"- dosłownie i w przenośni- można poobserwować z poziomu łódki na kanałach. Ta krótka przejażdżka warta jest swojej ceny ( ok.150 rmb za jeden kurs) gdyż stanowi miłą chwilę wytchnienia i zmienia trochę perspektywę obserwacyjną.






Spacerując wzdłuż kanałów można znaleźć tam sklepiki oferujące zarówno pamiątki jak i ubrania z lnu i jedwabiu, obuwie, wyroby z drewna, przyprawy, herbaty, słodycze- w tym szalenie popularne cukierki White Rabbit owijane w rozpuszczalne papierki jak i wyroby cukiernicze masy ryżowej czy suszone owoce, orzechy w słodkich polewach a także pomniejsze punkty gastro czy pokaźne restauracje.
Ponieważ gonił nas czas poprzestaliśmy jedynie na zwykłych ulicznych przekąskach. Zresztą wysoka temperatura też nie sprzyjała obżarstwu.







Zastanawiacie się pewnie jak dojechać na przedmieścia aby tego wszystkiego doświadczyć....W sumie jest to bardzo proste i bardzo tanie. Wystarczy skorzystać z autobusu, który odjeżdża z mini dworca autobusowego w samym centrum miasta a dokładnie na zbiegu ulic Pu`an i East Yan`an Road. Autobuc ma kolor biało-różowy, bilety kupujemy u kierowcy. Cena to 12 rmb w jedną stronę, podróż trwa około godziny a jeśli są korki to dłużej, ale niczym się nie martwcie-wysiadacie na ostatnim przystanku.

Po wyjściu z dworca w Zhujiajiao idziecie w lewo do pierwszego skrzyżowania ze światłami. Tam skręcacie w prawo i kierując się prosto dochodzicie do tablic z planem wodnego miasta. Na całą wycieczkę trzeba policzyć jakieś 6-8 godzin razem z transportem. Dobrze jest zrobić sobie zdjęcie frontu autobusu, którym będziecie jechali do, żeby potem pokazać to zdjęcie obsłudze dworca, która skieruje Was do odpowiedniej kolejki gdy będziecie wracali.
Pamiętajcie, że większość Chińczyków nie mówi po angielsku :-)

wtorek, 1 listopada 2016

Przygody z chińskim fryzjerem

Przygody z chińskim fryzjerem


Wizytę w zakładzie fryzjerskim w Szanghaju planowałam na długo przed podróżą. Może słowo "planowałam" nie jest tu najodpowiedniejsze gdyż tak naprawdę oswajałam się z myślą porozumiewania się na migi z fryzjerem i jednocześnie badałam reakcje rodziny i znajomych  na mój pomysł. Oczywiście wcześniej prześledziłam różne fora, na których można było znaleźć  całą masę negatywnych wpisów na temat nieudolności chińskich fryzjerów, ich wątpliwego poczucia estetyki czy nieznajomości europejskiego gatunku włosów. Dla mnie to jednak brzmiało jak zaproszenie.
Nie miał to zresztą być mój pierwszy raz, kiedyś już zdobyłam się na odwagę i z tamtej wizyty wyniosłam nie tylko świetnie obcięte włosy, ale również doskonale wymasowaną głowę.
Wiem, że dla niektórych będzie to zaskoczeniem, ale głowę miałam wtedy mytą na siedząco przed lustrem, przy którym potem było cięcie.Fryzjer lał szampon bezpośrednio na suche włosy, które jedynie zwilżał wodą z małej buteleczki. Takie mycie połączone z masażem trwało jakieś 20-30 minut po czym spłukiwał pianę i zabierał się za obcinanie.
Niestety wraz z przybyciem McDonalda, KFC i innych wynalazków z zachodu do Chin dotarły również fatalne zwyczaje fryzjerskie. W wyniku rozwoju cywilizacyjnego zostałam potraktowana po zachodniemu niestety (mycie włosów na leżąco), ale za to profesjonalnie.
Kłaniający się od progu fryzjer, który oczywiście nie mówił po angielsku, posadził mnie na fotelu po czym przyniósł tablet, wskazał fryzurę jaką dla mnie wybrał, ja pokazałam międzynarodowym gestem, że w pełni akceptuję jego wybór i tak oto młody człowiek zabrał się do roboty. Generalnie nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Nie wiem czy macie podobne refleksje w tym momencie, ale ja niemal zawsze wygłaszam kwiecisty elaborat tłumacząc o co mi chodzi a wychodzę z zakładu z czymś zupełnie odwrotnym na głowie niż sobie życzyłam.
Tym razem było inaczej. Do tego cena była naprawdę przystępna- około 20 zł za wszystko (bez farby) a zakład nowoczesny, czysty i generalnie błyszczący, w stylu glamour




Nie byłabym oczywiście sobą gdybym zadowoliła się tą jedną wizytą. Tak naprawdę najbardziej zależało mi na masażu głowy więc postanowiłam zagłębić się w uliczki południowego Bundu i faktycznie, tam  znalazłam to czego szukałam.
Cena mycia głowy na siedząco dla białego to 15 rmb, nie uzgadniałam jej wcześniej, bo uznałam, że i tak zapłacę tyle ile zechcą, a frajda jest bezcenna:


Zakład był niewielki, średnio czysty, myślę, że sanepid miałby dużo do powiedzenia. Cieszę się, że miałam tam tylko mytą głowę....
Ale na przykład nikomu nie przeszkadzały zwierzęta co wprowadzało domowy, przytulny charakter:



Później, podczas kolejnych dni zwiedziłam jeszcze kilka takich miejsc, również w okolicy handlowej Nankin Road, jednej z największych ulic na świecie.
I tak sobie myślę, że tego typu działania będę podejmować w kolejnych odwiedzanych miejscach. Zawsze to coś nowego a w razie czego włosy przecież odrastają, prawda?
A jeśli będziecie w okolicy wspomnianych zakładów fryzjerskich (South Bund, stacja metra Xiaonanmen lub Nanpu Bridge) w godzinach porannych, możecie skosztować fantastycznych placków/ naleśników w cenie 5rmb za wersje lux ze wszystkimi dodatkami:





Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger