niedziela, 30 kwietnia 2017

Chinatown na Queensie

Chinatown na Queensie

Przymusowa przesiadka na jednej z dalszych stacji metra poskutkowała taką oto piękną panoramą Manhattanu, która dość dobrze oddaje odległość tego drugiego Chinatown, choć do niego jeszcze kawałek. Jeśli nie dysponujecie samochodem to najprościej dostać się tam metrem a konkretnie linią 7, którą jedziecie na Queens i wysiadacie na ostatnim przystanku, już za lotniskiem.
W zasadzie ta podróż siódemką jest trochę jak przemieszczenie się w czasoprzestrzeni- w 45 minut wprost z serca Ameryki lądujecie w samym centrum Chin, na moje oko momentami bardziej chińskim niż oryginał.


Jak zwykle pełno tu (poza Chińczykami) jadłodajni, restauracji, straganów, sklepów spożywczych. W zasadzie ciężko się zdecydować, bo wszystko wygląda kusząco. My jednak mieliśmy bardzo sprecyzowany plan- Xian`s Famous Food. W internecie czytałam, że mają tam pyszne pierożki i że bardzo ciężko znaleźć to miejsce, bo jest w podziemiach domu towarowego.
Na miejscu okazało się, że sprawa wygląda nieco inaczej. Restauracja, która ma swoje punkty również na Manhattanie i Brooklynie otworzyła się na Flushing Main Street. Ciekawość jednak prowadziła nas do domu towarowego Golden Shopping Mall. Tak wygląda wejście:


Mało zachęcająco, prawda? Niestety wchodząc tym wejściem nie znaleźliśmy w podziemiach owej knajpki choć było tam całe mnóstwo innych. Ponieważ nigdy się nie poddaję, postanowiliśmy szukać dalej. Okazało się, że z boku od strony 41st Rd jest drugie wejście:

I dopiero wchodząc tymi obskurnymi drzwiami i podążając krętym korytarzem niemal do samego końca dochodzimy do Xian` Famous Food oraz jednej z najlepszych pierogarni na świecie Tian Jin Dumpling House. Jeśli macie dylemat czy warto tłuc się taki kawał dla pierogów-niepotrzebnie. Nie pożałujecie. Do pierogów podawany jest sos z posiekanym czosnkiem, ocet ryżowy, sos chili i sojowy, pierogi są z czym tyko sobie zamarzymy, również wegańskie. Cena jest niska, można też kupić mrożone na wynos.




Nie powiem ile porcji w sumie zjedliśmy, bo to nieprzyzwoite tak się objadać, ale wiem na pewno, że tu wrócimy.
Tuż obok pierogarni była tak poszukiwana restauracja Xian`s, ale pierogów w niej nie było- jedynie ręcznie robione makarony z różnymi dodatkami.


Skusiliśmy się na rewelacyjny makaron z wołowiną po seczuańsku, ostry i aromatyczny.

Więcej nie daliśmy rady skosztować, ale co ma wisieć nie utonie. Wszystko przed nami.
A przepis na to danie znajdziecie już jutro na moim gastro-blogu.
Zachęcam Was do spróbowania, bo jest naprawdę rewelacyjne i bardzo szybkie w przygotowaniu.
Przepis znajdziecie TUTAJ

A w następnym poście odwiedzimy nowowjorskie second-handy nie tylko z ciuchami :-)


niedziela, 23 kwietnia 2017

Chinatown na Manhattanie

Chinatown na Manhattanie


W Nowym Jorku jest naprawdę wszystko, nawet Chinatown i to nie jedno...Pierwsze znajdziemy na Manhattanie pomiędzy Mulberry Street, Mott Street, Grand Street i Canal Street. W okolicy tej ostatniej dawniej cumowały statki handlowe i ten rejon znany był wśród marynarzy jako dzielnica uciech wszelakich jeśli wiecie co mam na myśli. Teraz to po prostu ulica handlowa ze sklepami, bankami i oczywiście restauracjami. Kręcąc się po Chinatown można odnieść wrażenie, że sensem życia Chińczyków jest jedzenie. Myślę, że nigdzie nie znajdziemy tylu straganów i restauracji na 1 kilometr kwadratowy co właśnie tutaj.




Wpisując w wyszukiwarkę hasło "dumplings" czy "dim sum" wyskakuje olbrzymia ilość restauracji i barów, a to tylko niewielka ich faktyczna ilość, bo nie wszystkie reklamują się w googlach. Tak więc wybierając lokal na posiłek należy kierować się węchem, ilością Chińczyków w lokalu, oceną amerykańskiego sanepidu (najlepiej wybierać lokale oznaczone glejtem z literą A przyklejoną do szyby zazwyczaj w okolicy drzwi wejściowych). Wyznacznikiem może też być cena choć drogo nie zawsze oznacza dobrze.
Nam udało się znaleźć taką małą perełkę na Essex Street niedaleko stacji metra East Brodway o nazwie North Dumpling. Lokal jest malutki, w środku znajdziemy dwa stoliki i barek przy ścianie czyli jest to miejscówka  na 10-12 osób. W ofercie pierogi wegańskie, mięsne, springrollsy, kimchi a także makarony smażone z różnymi dodatkami. Makaron z warzywami zdecydowanie odradzam natomiast wegetariańskie gotowane pierożki były pyszne, tak samo zresztą jak springrollsy.
Ceny są wisienką na torcie: 3$ za 12 pierożków... :-)




Jeśli chodzi o miejsca, które zdecydowanie odradzam to na pewno King`s Kitchen- z królewską kuchnią nie ma to nic wspólnego.


Mieliśmy ochotę na kaczkę, przy wejściu owe ptaszki wisiały zachęcająco (oczywiście już upieczone), ale niestety na talerzu dostaliśmy wielkie rozczarowanie- kaczka była niedopieczona, niedoprawiona i sucha. Pierożki ryżowe z krewetkami na talerzu obok-mdłe, jałowe...


To samo z makaronem z wołowiną- chociaż porcja była przeogromna to składała się głównie z makaronu, wołowina była jedynie na wierzchu, sos choć w kolorze brązowym co sugerowałoby użycie sosu sojowego niestety nie był słony lecz nijaki. O czosnku, imbirze można było tylko pomarzyć



Oczywiście to potknięcie nie zniechęciło nas do zaprzestania poszukiwań dań idealnych ale o tym już za tydzień w kolejnym poście.

Gdybyście mieli ochotę samodzielnie zmierzyć się z lepieniem chińskich pierożków, to przepis znajdziecie TUTAJ

A wpisy o Chinatown na pewno jeszcze pojawią się na blogu.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Karaiby na Brooklynie

Karaiby na Brooklynie

Ten dzień miał być wyjątkowy i obfitujący w doznania poznawczo-kulinarne. Niestety jednak pogoda spłatała nam niezłego figla i zamiast słońca, suchych butów i wielogodzinnej wycieczki po różnych lokalach na Brooklynie pozostało nam obejść się smakiem i zakończyć wizytę w tej dzielnicy dużo szybciej niż chcieliśmy. Padało tak bardzo, że zrezygnowaliśmy nawet z zabierania aparatu węc zdjęć mam tyle co kot napłakał. Głównym celem naszej wizyty była rekomendowana przez mojego kulinarnego guru Anthony Bourdain`a miejscówka w karaibskiej części Brooklynu, a dokładniej przy Nostrand Avenue. Stacja docelowa nosi tą samą nazwę ( dojazd linią A,C,3 lub 4)więc łatwo zapamiętać i bardzo łatwo trafić.
Oglądając jeszcze przed wyjazdem reportaż z tego miejsca moją uwagę najbardziej przyciągnął mech do picia (Sea Moss) , można więc uznać, że motorem mojego wyboru była ciekawość z powodu tego co obejrzałam, ale także tego co nas czekało na samym końcu naszej prawie miesięcznej podróży- a były to Karaiby właśnie.
Tu słów kilka o samym mchu. Jest to wodorost zwany też mchem irlandzkim lub chrząstnicą kędzierzawą, stosowany w kosmetyce, przy domowej produkcji piwa, ale również  używa się go do zagęszczania napojów.I w tej ostatniej formie można go najczęściej spotkać w kuchni karaibskiej.
A sea moss drink  wygląda tak:

Smakuje jak cynamonowy milkshake, a ponieważ podobno znakomicie wpływa na potencję, przepis na pewno niebawem pojawi się na moim kulinarnym blogu jako ciekawostka.
Teraz słów kilka o samym lokalu. To Gloria`s No.3- bez napinki, zadęcia, ot zwykła jadłodajnia jakich wiele w okolicy.Tak wygląda z zewnątrz


A tak w środku (widok na menu):


Aktualnie otwierają już o 10 rano, jednak kilka miesięcy temu "dopiero" o 11.00 ale  ponieważ pogoda była barowa, wpuścili nas nieco wcześniej-mogliśmy trochę podeschnąć, skorzystać z darmowego wifi i na spokojnie wybrać wczesny lunch. I tu małe wtrącenie o wifi w Nowym Jorku- jest praktycznie wszędzie, nawet na każdej stacji metra czy w domach towarowych, co znacznie ułatwia funkcjonowanie zwłaszcza gdy się nie posiada zwykłej mapy a jedynie komórkę. Wracając jednak do Golria`s no.3...Powiem szczerze, że gdybym mogła zjeść więcej to naprawdę bym to zrobiła. Jedzenie jest tam tak pyszne, że zdrowy rozsądek, liczenie kalorii, myślenie w stylu "wiem ile jem" odchodzą w niebyt. Takie duperele przestają po prostu mieć znaczenie.
Wybraliśmy curry z krewetkami i curry z mięsem z kozła. Do tego smażone platany no i sea moss do picia-i w zasadzie, żeby się dobić.
Obydwa curry podane były w cieniutkich, ale za to ogromnych naleśnikach. Co ciekawe- obydwa miały w składzie ziemniaki a mięso kozła było z kością- ale wiadomo-takie mięso  jest najlepsze.





Do tego dwa sosy - chili i kolendrowy. To był po prostu nieprzyzwoicie dobry posiłek, który pamiętamy do dzisiaj.
Najedzeni do bólu grzecznie wróciliśmy na Manhattan zaliczając tam wizytę w Muzeum Historii Indian mając nadzieję, że w końcu deszcze ustąpi- co nastąpiło dopiero następnego dnia.
W planach były jeszcze dwa lokale na Brooklynie, ale niestety będą musiały poczekać do następnej wizyty. Zresztą po takim posiłku do wieczora mogliśmy przyjmować jedynie płyny...
Sama dzielnica karaibska okazała się bardzo przyjemna, z niską zabudową, gdzieniegdzie dość barwną



Bardzo nam było szkoda, że warunki nie sprzyjały spacerom...
To natomiast odbiliśmy sobie na Bronxie i w Harlemie, ale to już inna historia :-)

poniedziałek, 13 marca 2017

Nowy Jork od kuchni-cz.II " Ten straszny Brooklyn"

Nowy Jork od kuchni-cz.II " Ten straszny Brooklyn"

Celowo jako sypialnię w Nowym Jorku wybraliśmy Chinatown na Manhattanie. Po pierwsze dlatego, że ceny są tam niższe-począwszy od jedzenia na hotelach kończąc- a jak ruszasz z domu na prawie cztery tygodnie to mimo wszystko budżet trzeba rozplanować z głową. Po drugie w Chinatown czujemy się jak w domu- nie straszne są nam produkty w chińskich sklepach spożywczych, nie rażą nas zbytnio bezstresowo charkający i plujący na ulicy Chińczycy, po trzecie jedzenie jest więcej niż akceptowalne a i w sklepach można się potargować a po czwarte bliskość Soho, Małej Italii czy właśnie Brooklynu była niezmiernie kusząca , zwłaszcza, że nie zamierzaliśmy spędzić całego pobytu tylko i wyłącznie na Manhattanie wśród białej klasy średniej.
Pierwszy świt spędziliśmy na Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge oraz pomiędzy nimi w śpiącej jeszcze, szalenie modnej ostatnio dzielnicy Dumbo.  W zasadzie wrażenia ciężko opisać, siedzieliśmy nad rzeką jak zauroczeni nie mogąc ruszyć się z miejsca. Już samo przejście przez Brooklyn Bridge w promieniach wschodzącego słońca miało wydźwięk wręcz magiczny a Nowy Jork wyglądał jak jedno wielkie świetlne widowisko.




Natomiast Manhattan Bridge bardzo dostojnie wyzierał spomiędzy ceglanych loftów.


Wzdłuż rzeki (East River) ciągnie się Brooklyn Bridge Park oraz  Brooklyn Heights Promenade- coś w rodzaju deptaka, z którego można podziwiać panoramę dolnego Manhattanu.


Pora była wczesna więc nie mogliśmy liczyć nawet na otwartą lodziarnię Brooklyn Ice Cream Factory (do której koniec końców nie dane nam było dotrzeć), ale postanowiliśmy wrócić wieczorową porą do pizzerii Grimaldich, uważanej za najlepszą w Nowym Jorku- ale o tym za moment.
Wracając na drugą stronę przemierzaliśmy Manhattan Bridge, z którego rozpościerał się widok na dachy domów pełne prac grafficiarzy





Teraz słów kilka o pizzerii. Niepozorny, biały, dwupiętrowy budynek, w którym mieści się Grimaldi`s Pizza nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia, ot dom jakich wiele. Pomimo zapowiedzi w internecie nie było kolejki na zewnątrz, ale może to za sprawą pory roku (zima) i pory dnia (17.00 w środku tygodnia).Niemniej jednak musieliśmy chwilę czekać na wolny stolik, bo wszystkie było zajęte


System zamawiania również jest nieco inny niż u nas- wybiera się wielkość pizzy, rodzaj ciasta oraz dodatki.Mieliśmy zakusy na dużą pizzę, ale zaufaliśmy informacji w karcie, że mała jest wystarczająca dla dwóch osób. Tak było faktycznie- pizza miała średnicę około 35 cm i była niemalże po brzegi wypchana dodatkami- mozzarellą, ricottą, oliwkami, bazylią i pomidorami. Ciasto dość cienkie, na rantach było lekko puchate. Była to jedna z nielicznych pizz, która nie była za słona ,i po której nie musiałam wlewać w siebie wody litrami. Dodatki świeże i pyszne. Ale czy byłą to najlepsza pizza na świecie? Raczej nie choć mieściła się w górnych stanach rankingowych i z całą pewnością jeszcze tam wrócę. Tak się prezentowała w całości i w kawałku.



Woda do picia była gratis a napiwki mile widziane. Obsługa zaskakująco dobrze mówiła po polsku co było miłym akcentem, zwłaszcza, że uwijali się naprawdę sprawnie i byli bardzo profesjonalni:-)
A po wyjściu od Grimaldich zastaliśmy taki oto widok:


W Nowym Jorku naprawdę można się zatracić.....

środa, 22 lutego 2017

Nowy Jork od kuchni - cz.I

Nowy Jork od kuchni - cz.I


Po sześciu szalenie intensywnych dniach spędzonych w Nowym Yorku jeszcze bardziej wiem, że nic nie wiem na temat tego ogromnego miasta. Wiem natomiast na tysiąc procent, że  Nowy Jork mnie zachwycił-przede wszystkim swoją różnorodnością i otwartością na tą właśnie różnorodność.
Wiem też, że na pewno tu wrócę.

Od początku założeniem całego USA Trip było wniknięcie w klimat, w codzienność, a nie skupianie się na muzeach, wystawach czy innych typowo turystycznych atrakcjach..
Dlatego też nie będzie tu porad na temat tego jaki rodzaj kart zniżkowych wybrać- New York Pass, City Pass czy może Explorer, kiedy dostaniemy się za darmo lub za mniejsze pieniądze  do wybranych muzeów czy na wystawę, który rejs dookoła Manhattanu wybrać itp, itd.
Ale na pewno będzie o jedzeniu zwłaszcza , że trochę podążaliśmy szlakiem mojego kuchennego guru, Anthony Bourdain`a i jego programów  "No Reservation" i "Layover". Ale nie tylko. Szukaliśmy też sami z całkiem niezłym skutkiem.
Na pierwszy ogień, jeszcze pierwszego wieczoru poszedł Shake Shack w Madison Square Park.
Jak widać na zdjęciu- kolejek nie było- ale to pewnie dlatego, że odwiedzaliśmy Nowy Jork w mało popularnej turystycznie porze roku.



Pomimo chłodu jaki panował na dworze oraz późnej pory nie brakowało chętnych do konsumpcji.
Czy w ogóle warto tam jeść? Przecież to zwykła sieciówka... Jeśli macie tego typu wątpliwości to zdecydowanie polecam to miejsce. Co przemawia za Shake Shack?
Po pierwsze jakość- hamburgery robione są z wołowiny krów rasy Angus, hodowanych bez hormonów i antybiotyków, na paszy bez dodatku GMO, to samo z kurczakami i mięsem na parówki. Po drugie -smak. Próbowaliśmy jedynie hamburgerów i frytek serowych ze względu na limit pojemnościowy naszych żołądków- były przepyszne.
Po trzecie cena- niewysoka jak na centrum Nowego Yorku - zwłaszcza w kontekście stosunku jakości do ceny.
Jak przystało na miejscówkę wymyśloną z głową, można tam kupić jedynie 6 rodzajów hamburgerów i trzy rodzaje hot- dogów, ale za to wszystko w wersji single lub double. Oprócz tego frytki zwykłe i z sosem serowym oraz różnego rodzaju desery i napoje. Jeśli nie tolerujemy glutenu lokal oferuje pieczywo bezglutenowe. Jedynie weganie obejdą się tam smakiem.


A co gdy się już najemy? Tuż przy Madison Square mamy Flatiron Building -słynne nowojorskie żelazko, Brodway Street, która doprowadzi nas aż do Times Square, Piątą Aleję, która jest przereklamowana, Empire State Building, Bryant Park i wiele innych atrakcji.

Natomiast samego Shake Shack`a znajdziemy rozsianego po całym Nowym Jorku, wszelkie stosowne informacje znajdziecie na ich stronie internetowej- tak samo zresztą jak menu.









Comments System

Disqus Shortname

Copyright © 2016 World on the plate , Blogger